Spis treści numeru 4/2011

Zdaniem myśliwego | 30

Jakość czeskich kozłów Ryszard Adamus
Odstrzał łownych rogaczy Mariusz A.
Wielkie wymieranie Maciej Kolańczyk
Opaski dla psów Piotr Gawin

Moratorium lekarstwem na wszystko? | 38
Wojciech Sobociński

Pomysł Ministra Środowiska, aby wstrzymać odstrzały zajęcy i kuropatw, był szeroko komentowany w wielu środowiskach. Spotkał się on z różnym odbiorem: począwszy od entuzjazmu przeciwników łowiectwa, przez zdziwienie myśliwych, po krytykę naukowców badających te gatunki. po co moratorium?
Na dobrą sprawę nie są znane podstawy koncepcji wprowadzenia moratorium na odstrzał zajęcy i kuropatw. Brak oficjalnego uzasadnienia utrudnia odniesienie się do niej. Profesor Henryk Okarma z Instytutu Ochrony Przyrody podkreśla, że bez wyjaśnienia, skąd wziął się pomysł, jak powinien być realizowany i do czego ma prowadzić, nie da się nad nim dyskutować. Ze skąpej informacji zamieszczonej na stronie Ministerstwa Środowiska wiadomo jedynie, że moratorium ma być "zdecydowanym działaniem" chroniącym polską przyrodę. Czy na pewno?

Derogacja na słonki – retrospekcja | 42
Kamil Zamojski

W 2004 roku wstrzymano wiosenne polowania na słonki. Działania podjęte dla wprowadzenia derogacji do tej pory nie przyniosły pożądanych rezultatów.
 

Ten rozdział zamykam | 50
Bogdan Złotorzyński

Prezentujemy pełną wersję rozmowy z Zenonem Kruczyńskim, autorem książki „Farba znaczy krew”, byłym myśliwym, zawodowo w Instytucie Psychoimmunologii pomagającym ludziom żyjącym w stresie i depresji.   Panie Zenonie, jest Pan jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób mówiących w mediach o łowiectwie. W swoich wypowiedziach podważył Pan sens istnienia łowiectwa jako takiego oraz skrytykował Pan myśliwych za bezrefleksyjne zabijanie zwierząt. Z tego powodu wielu łowców na portalach internetowych oraz w listach do naszej redakcji w ostrych słowach wyraża swoje oburzenie. Jak Pan odbiera to nieprzychylne nastawienie ze strony środowiska, do którego Pan kiedyś należał? Rzeczywiście, wyraziłem kilka razy publicznie swoje zdanie. I gdy spotykam się z niektórymi reakcjami mającymi mało wspólnego z dobrym tonem rodzi się we mnie poważne pytanie - jak to właściwie jest? Jedna książka, która ukazała się trzy lata temu i sprzedała się w Polsce w ilości około 2 tys. egzemplarzy, dwa, może trzy poważniejsze wywiady prasowe, dwa mniej więcej dziesięciominutowe programy telewizyjne - i nagle stałem się aż tak, hm..., rozpoznawalny? Cóż takiego zostało poruszone w emocjach i głowach myśliwych? Dlaczego stutysięczna uzbrojona armia poczuła się zaatakowana przez jednego człowieka z gołymi rękami, który po prostu wyraził swoje odmienne zdanie? Czego należy tak strasznie bronić? Cóż tu jest aż tak słabe, że nie można tego nawet tknąć? Skąd bije źródło tej niepewności? Znaleźć odpowiedzi na te pytania może tylko środowisko myśliwych, oczywiście jeżeli zechce. Z drugiej strony, każdy myśliwy ma nieustanną możliwość wyrażania swoich poglądów we własnych programach telewizyjnych, we własnych miesięcznikach - z wydawnictwem pracującym na ich potrzeby, z pozostałą prasą, programami edukacyjnymi dla dzieci i książkami. Także z posłami i senatorami (co piąty poseł i senator jest myśliwym), innymi polującymi politykami oraz Internetem, nie wspominając o profesjonalnym PR. Reakcja środowiska myśliwych jest zastanawiająco silna, jakby ktoś siłą wyrywał im broń z rąk. Ale czy ktoś to robi? Atakuje się - z jakich powodów? - moje obywatelskie prawa do wyrażania własnego stanowiska. Stanowiska przecież nieagresywnego, nikogo nieobrażającego, zachowującego przy tym szacunek dla osób, których to odmienne zdanie dotyczy.   Czy oficjalnie postawiono Panu zarzuty głoszenia nieprawdy? Nie spotkałem się z tym.   17 lat temu przestał Pan polować. A ile czasu Pan polował? Od wieku chłopięcego jeździłem z ojcem na polowania i zdarzało mi się strzelać z broni taty. A pełnoprawnym myśliwym byłem przez 18 lat.   To długo, ma Pan więc wyrobiony osąd, zarówno z okresu, kiedy był Pan myśliwym, jak i z etapu życia bez łowiectwa. Czy czegoś Pan żałuje z czasów, gdy był Pan myśliwym? Niczego nie żałuję.   Niczego, ponieważ ma Pan taką filozofię życiową? Czy dlatego, że robił Pan to, co uważał Pan za słuszne? Żyłem tak, jak umiałem. Wówczas to był dla mnie najlepszy sposób życia - innego zresztą nie znałem. W takim duchu zostałem wychowany i zgodnie z nim postępowałem. Mój los był właśnie tak zdeterminowany, że zostałem myśliwym.   W książce napisał Pan, że przez całe swoje łowieckie życie miał Pan wątpliwości co do sensu zabijania. Momentem przełomowym było zaś zastrzelenie psa goniącego sarny. Mimo oddania do niego dwóch strzałów pies ciągle jeszcze żył i słyszał Pan jego umieranie. Czy to była ta kropla, która przeważyła i spowodowała odejście od łowiectwa? Jako myśliwy miał Pan przecież obowiązek - dla ochrony saren - zastrzelić kłusującego psa. Ja nie musiałem zastrzelić tego psa - ja chciałem go zabić. To przeżycie było ostre, mocne, wyraźne. I nie chodziło w nim tylko o myślistwo. Był to taki wgląd, gdy człowiek w jednej chwili prześwietlonej wszelkim zrozumieniem ogarnia całość i wszystkie współzależności.   Czy to, że przez całe życie był Pan związany z psami, miało tutaj znaczenie? Niewątpliwie tak, ale nie decydujące. Przemiana i tak by nastąpiła. Los zrządził, że był to pies.   Pytam o to również w kontekście ataków na myśliwych za zabijanie psów, a szczególnie za przypisywanie przyjemności w mordowaniu tych czworonożnych towarzyszy człowieka. Ustawodawca wymyślił kiedyś, że myśliwi mają sprawować funkcję rakarzy, a teraz tylko na nas spływa odium za walkę z plagą wałęsających się psów o lepszy los drobnych zwierząt. Zaś ustawodawca i rząd milczą. Żadne prawo nie jest w stanie zmusić myśliwego, żeby zastrzelił psa. To jest świadomy wybór. Jedni to robią ? inni nie. Na zbiorowym polowaniu na zające, pomiędzy pędzeniami, mój kolega zamordował pod nogami dwóch nastoletnich chłopców ich psa. Biegłem do niego i wrzeszczałem: „Stefan, s...synu, nie strzelaj!”. Strzelił. Każdy zabity pies to bardzo celny, samobójczy strzał myśliwych. Bo to jest niewytłumaczalne okrucieństwo w stosunku do ludzi, którzy te psy wychowali, mają z nimi związek emocjonalny, pełen przyjaźni z ludzkiej strony, a oddania i miłości ze strony zwierzęcia. Każdy zastrzelony pies to co najmniej kilka osób, które od tej pory z całego serca i do końca życia będą nienawidziły myśliwych. Psy więcej robią w łowiskach hałasu, niż faktycznie są w stanie coś upolować, chociaż oczywiście to też się zdarza. Hałas i niepokój w lesie nie są dobre. Zwierzęta mają prawo do względnego spokoju w ich domu. Lecz można zadać pytanie, czy obecność drapieżników w lesie powoduje niepokój. Nie mogę sobie wyobrazić równowagi w przyrodzie bez obecności drapieżców, czy to maleńkich jak makrofagi, czy dużych jak wilk. Kiedyś jakieś drapieżniki zawsze były, zanim myśliwi wystrzelali je prawie na amen, i naturalnym przeznaczeniem saren, jeleni oraz dzików jest nieustanna czujność i ucieczka - tak jak teraz to się dzieje w związku z psami. Lecz popatrzmy na aspekt spokoju w lesie od jeszcze innej strony. Czy śmiertelny lub raniący strzał w środku głębokiej, nocnej ciszy nie jest największym i rzeczywistym zakłóceniem spokoju? Nie chodzi tylko o strzał, ale o to wszystko, co się dzieje potem - patroszenie albo puszczanie psa po tropie, silne latarki, dobijanie, podjeżdżanie samochodem i ładowanie ciała zwierzęcia do bagażnika... Rozumiem zdenerwowanie myśliwych, gdy w nocy siedzi się w lesie, wszędzie jest cicho, a tu nagle rozlega się jazgotanie jakiegoś psiaka. Całą noc słychać nieustanne, jazgotliwe poszczekiwanie za sarnami. To może naprawdę wkurzyć! I w konsekwencji - za takie „złe” zachowanie - dla psa przewidziana jest wymierzona jednoosobowo kara śmierci przez zastrzelenie.   Ale zgodzi się Pan przynajmniej, że psy są problemem w łowiskach i że wypuszczane masowo, bez opieki, na noc stanowią zagrożenie dla małych zwierząt? Może i tak, ale uczciwie trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: jak wygląda realne zagrożenie dla zwierząt? Pies jest po prostu psi - kocha biegać, ganiać i płoszyć. Gdy skutecznie podkłada myśliwym dziki na polowaniu zbiorowym, jest wręcz uwielbiany i dzielimy się z nim najlepszym kąskiem. Ale gdy poluje samodzielnie - kula w łeb!   Jak jednak pogodzić życie w jednym miejscu dzikiej kuropatwy z biegającym psem? Trzeba znaleźć inne rozwiązania niż wyrok śmierci. Ewidentnie bowiem widać dramatyczną nierównowagę: z jednej strony myśliwy z flintą, gotowy zgiąć wskazujący palec, a z drugiej szczekający psiak. Tu rozgrywa się zwykłe konkurowanie o łowisko. Sam czułem złość, gdy słyszałem, jak jakiś pies szczekał pół nocy, uganiając się za sarnami. Nic im nie zrobił, ale mnie zepsuł całą przyjemność polowania. I właśnie o tę moją zepsutą przyjemność chodziło, o nic innego!   To duże uproszczenie. Nie zgodzę się też z Panem co do braku negatywnego wpływu psów na drobne zwierzęta. Las to nie przemysłowa obora, w której wszystko powinno być przewidywalne i bez drapieżców. Może i jest to uproszczenie, ale także uogólnienie co do konkurencyjności, walki o władanie nad lasem. Ilustruje to również coraz większy problem łowiectwa.   Przestał Pan polować. Zmienił Pan podejście do polowania i do życia w ogóle. Pierwszy moment przemiany mocno mną wstrząsnął. Uświadomiłem sobie, że nie chcę już zabić żadnej czującej istoty. Moja postawa ewoluuje. Widząc życie istniejące wokół, zacząłem czuć potrzebę ochraniania tych żyjących istot. Teraz tak pojmuję świat.   Z zabijaniem jednak stykamy się każdego dnia. Jak się żyje, mając taką postawę - łatwiej czy trudniej? Pewnie trudniej. Łatwiej jest takiej osobie jak moja ciotka, która - gdy się ostatnio spotkaliśmy na pogrzebie mojej mamy - powiedziała mi: „Zenek, tak łowiłeś ryby! Tak polowałeś! A teraz żyjesz całkiem inaczej. Przecież «to» jest do zabijania”. Z postawą mojej ciotki, dla której czujące istoty są „to”, żyje się łatwiej – z bezwładnym nurtem, bo świat jest przepełniony zabijaniem. Ale ja wolę ochraniać życie niż zabijać, choć to trudniejsze, zwłaszcza że nie da się przejść przez życie bez zabijania. Bo przecież noszę buty ze skóry, jadę samochodem w letni dzień i wiem, że szyby będą oblepione martwymi owadami, które się o nie roztrzaskały. Kiedy żaby wiosną przechodzą przez drogi, jeżdżę slalomem, ale czasami się nie udaje... A przejechanie żaby to okropne uczucie. Nie umiem żyć inaczej - jeżdżę samochodem, doglądam kwiatów i cebuli, jem masło i jajka, a te krowy i kury, choćby najbardziej „ekologiczne”, też trafią do najokrutniejszego miejsca na Ziemi... Gdy kopię ziemię w ogródku - rozcinana szpadlem ginie wielka ilość stworzeń.   Rozumiem, że w pewnych sferach życia, gdzie występuje śmierć i zabijanie, świadomie Pan nie uczestniczy. Wręcz przeciwnie - świadomie uczestniczę w tym całym zabijaniu. Chciałbym jak najmniej zadawać śmierci, szczególnie mając w sobie żywą intencję jej spowodowania. Wolę starać się ochraniać wszelkie życie - tak chciałbym żyć. Gdy widzę pająka w domu, to go łapię w słoik i wypuszczam do ogrodu. Ale czasami podczas odkurzania niechcący wciągnę pająka do odkurzacza. Ten fakt, że nie da się funkcjonować bez zabijania, odbieram z pewnym bólem - ale zabicie musi być ostatecznością. Jeżeli przez kolejne dni nie mogę wynieść na szufelce mrówek z kuchni i ich przybywa, mówię im: „To jest mój dom, nie da się z wami żyć, jeśli nie chcecie się wyprowadzić, to sięgam po truciznę i zabijam”. Ale robię to tylko wtedy, gdy nie można inaczej. I wiem, co robię.   Czyli jacykolwiek myśliwi mogą funkcjonować na tym świecie? Tak, tacy, którzy zabijają, gdy są głodni. W niektórych rejonach świata ludzie, żeby przeżyć, muszą jeść mięso. I tam można polować. Żyjesz - masz prawo jeść.   A u nas? Czy, ogólnie mówiąc, w Europie? A jesteśmy głodni?   Czy wierzy Pan, że zwierzęta można pozostawić samym sobie? Są przykłady gatunków skrajnie zagrożonych wyginięciem, bo ktoś zadecydował, że przestają być łowne. Wzięto je pod ochronę, co de facto oznacza, że nikt się nimi nie interesuje i są zagrożone wymarciem. Może więc łowiectwo - jako część racjonalnej gospodarki zwierzętami - jest potrzebne? A czy ktoś próbował zorganizować świat w ogóle bez łowiectwa? Postawiłbym sprawę tak. Czy ktoś zapytał zwierzęta, co one by wolały: w imię ich dobra zostać zastrzelone czy też żyć w wolny, właściwy dla nich sposób w przyrodzie? Można sobie wyobrazić, jaka byłaby odpowiedź. Poza tym zwierzęta, którymi ludzie w ogóle się nie interesują, mają najlepszy los.   A gdy chodzi o całe populacje? Czy uważa Pan, że poświęcenie jednostki dla dobra ogółu jest dopuszczalne? Tego rodzaju założenie, że warto poświęcić jakieś istnienie dla dobra ogółu ? żeby cała populacja była bardziej rasowa ? zostało już całkowicie skompromitowane w odniesieniu do ludzi. To się nie sprawdziło. Czy sądzi Pan, że w przypadku zwierząt jest inaczej? Dla mnie jest jasne, że trzeba zapytać o zdanie to istnienie - i ludzkie, i zwierzęce - które ma być „poświęcone”, czyli zabite. W przypadku zwierząt tę odpowiedź możemy uzyskać przez postawienie się w ich sytuacji i z tej pozycji zadać pytanie: „Czy chcę być zabity dla dobra ogółu?”. A jeśli się to zdarzy wśród ludzi, to nie będzie chodziło o jakieś wyabstrahowane istnienie - to zawsze może dotyczyć mojej lub pana matki, brata, żony albo dziecka. Z tej perspektywy patrzę. Ale tak naprawdę problem istnieje w nas, w naszym człowieczeństwie: czyż zabijanie ze świadomą intencją może nie mieć wpływu na nasze serca i umysły? Łagodne, kochające, z wrodzonym potencjałem czułości i otwartości? Ja sądzę, że ma wpływ.   Miłość do zwierząt nie jest łatwa. Jest to trudny rodzaj miłości, z wpisanym w nią zabijaniem. Ależ ja zwierząt nie kocham! Jestem co roku na rykowisku. Widzę te wspaniałe stworzenia, nie tylko jelenie, ale także łosie, dziki, rysie i wilki. Górą lecą dzikie gęsi i żurawie. Całe misterium przyrody. Przeżycie jest wspaniałe, ale nie powiedziałbym, że to miłość. Spotykać takie zwierzęta, dzikie, niezależne i wolne, patrzeć na nie z bliska - to fascynujące. Każdy po takim spotkaniu poczuje uniesienie. Ma się to w sercu. Nie potrafimy nawet tego nazwać. Czego dotykamy w takim momencie, jakiej tajemnicy? Co takiego się dzieje, że czasami serce aż łomoce w piersi? Przecież trwa to tylko chwilę - sekundy, może minuty - a pamiętamy latami. Wspomnienia grzeją serca jeszcze bardzo długo. Ale tu nie chodzi o zwierzęta, bo spotkanie to tylko spust, wyzwalacz. Chodzi o coś, co tkwi w nas samych. Co to jest, co z głębi naszej istoty odzywa się niczym echo w górach? Ktoś powiedział: „Tak dużo wiemy rzeczy, a tak niewiele wiemy o nas samych!”.   Możemy się nie zgadzać co do motywacji wszystkich myśliwych, ale przecież większość łowców nie jedzie do lasu pchana żądzą mordu, lecz po to, żeby poczuć bliskość przyrody, podziwiać jej piękno. Dlaczego w takim razie wjeżdżają do lasu uzbrojeni i muszą podziwiać to piękno z załadowanym, odbezpieczonym sztucerem? Myślistwo to bardzo złożony proces. Zaspokaja wiele potrzeb, a może właściwiej jest powiedzieć: zachcianek człowieka, na poziomie świadomym, ale i na głębszych poziomach, mniej dostępnych świadomości. W myślistwie jak w soczewce skupia się bardzo wiele istotnych pytań związanych z ludzką egzystencją - psychiką, umysłem, sercem, religijnością i duchowością, z aspektami ekonomicznymi, kulturowymi i ekologicznymi. Pojawia się także pytanie podstawowe: na co tak naprawdę polują ci ludzie? Czego instynktownie szukają w ekstremalnym doświadczeniu odbierania życia, gdy pojawia się krew, wnętrzności i rany, a czasami budzące grozę cierpienie?   Jakie znaczenie, Pana zdaniem, ma dla łowiectwa katolicyzm – czy szerzej: chrześcijaństwo? W Biblii zapisana jest nadrzędna rola człowieka względem zwierząt. Tu nie chodzi o konkretny system religijny. Na Ziemi rozpowszechnione są różnorodne religie. Lecz bez względu na to, czy jest to chrześcijaństwo, buddyzm, islam czy jakiekolwiek inne wyznanie, wszędzie Ziemia jest zniszczona w podobnym stopniu. To zniszczenie nie ma związku z taką czy inną przynależnością religijną. Przerażająca skala, na jaką degenerowane są gleby, wody i powietrze, oraz niebywałe tempo wymierania gatunków zależy, między innymi, od czegoś innego. Przede wszystkim od chciwości każdego z nas, także mojej i pana - ludzi z planety Ziemia. Chociaż wydaje się, że chrześcijaństwo, także katolicyzm, poprzez te kilka znanych zdań zapisanych w Biblii generuje twardą postawę eksploatacji Matki Ziemi. Ciężkie i okrutne dla wszelkiego stworzenia ożywionego i nieożywionego jest to nasze, całkowicie iluzoryczne przecież, „panowanie”. Tę postawę ludzie muszą zmienić, bo już bardzo mocno podcięli gałąź, na której siedzą. Na Ziemi jedne gatunki się pojawiają, inne giną. I choćbyśmy się nie wiem jak buntowali i protestowali, my też jesteśmy jednym z gatunków i też mamy dany nam czas. Wszystko, co się urodziło, musi umrzeć. Każde królestwo się skończy, każdy satrapa daje w końcu głowę ciemiężonemu ludowi. Każda broń w końcu zamieni się w rdzawy pył, który rozgoni wiatr.   Pytam o katolicyzm, bo w swojej książce odnosi się Pan kilkakrotnie do św. Huberta, patrona myśliwych, dość kontrowersyjnego świętego. Od jakiegoś czasu coraz bardziej kontrowersyjnego, ale tylko dla myśliwych. Myśliwi zwykli mówić, że Hubert stał się świętym, bo przestał hulać, biesiadować, ustatkował się. I zaczął rzadziej polować. Czyli stał się grzeczny. Nie zostaje się świętym, czyli oświeconym, z tego powodu, że człowiek staje się grzecznym nudziarzem i teraz z nieba łagodnie się uśmiecha i „darzy” myśliwym. Dowiedziałem się, ile mogłem, zarówno o życiu św. Huberta, jak i św. Eustachego. Były to dwie postaci, których kult się połączył około tysiąca lat temu. Może dlatego, że mieli podobne przesłania - jak później św. Franciszek. Przede wszystkim ich przesłanie miało taki sens: postanawiam nie zabijać, ale ochraniać wszelkie życie. Hubert musiał być człowiekiem pełnym życia, wolnym jak pstrąg skaczący w potoku. Przestał polować i zabijać zwierzęta na skutek nagłego, głębokiego, zmieniającego doświadczenia duchowego. Kto wie, jak było z tym jeleniem, zapewne ciężko rannym, skoro udało mu się go dojść na bliską odległość. Dobił go czy nie? Włócznią? Może strzałą? Ale psy były przy zwierzu, to może nie strzelał, tylko wbił mu nóż w serce? A może krzyknął: „Psy!!! Do mnie!!!” - i psy odstąpiły od rannego, bo takiego głosu się słucha, przekraczając nawet swój instynkt. Po czym odszedł ze sforą inną drogą. A wieczorem życie rannego się skończyło, bo przyszły wilki. Od tego one są. Hubert z królewskiego rodu Merowingów przestał zabijać zwierzęta, bo zrozumiał coś najważniejszego dla istoty ludzkiej. Teraz, dla współczesnych myśliwych, jest patronem zabijania zwierząt. Jeżeli lubiłby suspens - a czuję, że tak - to ubawiłby się do łez z takiego wywijasa. To ci dopiero piramidalna pomyłka!   Był Pan katolikiem? Byłem. Urodziłem się w rodzinie katolickiej i w tej religii mnie wychowano. Ale w niedzielę to było się na polowaniu, a nie w kościele. Kto by tam myślał o mszy. Wtedy w soboty przecież normalnie się pracowało, a po pracy gnało się do lasu. Do kościoła chodziło się na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Katolicyzm nie był i nie jest moim wyborem. Jestem zaangażowany duchowo w inne nurty, wymagające codziennej dyscypliny.   Umocowanie w wierze, w naszym przypadku katolickiej, jest jednym z filarów łowiectwa. Jako myśliwi postępujemy zgodnie z kanonami wiary. Gdy trzymamy się suchych słów gdzieś tam zapisanych, to wszystko wydaje się w porządku. Ludzkość wiele razy się już na tym „przejechała”. Każde ludobójstwo w historii ludzkości miało zapisane na papierze prawo, które stosowano jako obowiązujące, choćby inkwizycja i wyprawy krzyżowe z dawnych czasów, a współcześnie Holocaust. Tak zwane papiery zawsze były w porządku. Ale jest coś poza wszelkimi słowami, z natury rzeczy ułomnie oddającymi rzeczywistość. Boskość jest w sercu i w duszy każdego człowieka. Wypełnione nią jest wszelkie ożywione i nieożywione istnienie. Jeśli człowiek zabija, to wtedy boli go serce, chyba że jest psychopatą. Temu bólowi towarzyszy cichy głos, który coś nam mówi. Ale to, co mówi, może być niewygodne. Łatwiej zignorować ten subtelny komunikat.   Odzywa się boski, uniwersalny pierwiastek naszego jestestwa? Tak. Tak mógłbym to określić. Jeśli przy zabijaniu odczuwa się swoim ciałem i dłońmi śmierć zwierzęcia - to, jak opuszcza je energia, która do tej pory niosła je przez lasy, czuje się wierzganie kończyn, słabnącą siłę jego mięśni, to człowiek choćby przez moment wie, że nie powinien tego robić. Ale potem „zapomina” ten głos na różne sposoby.   Ale nie uniknie się zabijania. Ktoś musi to robić. Po co?   Taki jest świat, taki los człowieka. Można żyć bez zabijania? Właśnie, po co zabijać? Można zapytać, dlaczego to całe zabijanie jest starannie maskowane. Przed kim? Czego mamy nie zobaczyć? Wielkie rzeźnie są chronione murami jak siedziba CIA. Każda rzeźnia jest ściśle tajna. Myśliwi też nie pokazują zabijania publicznie. Myśliwskie filmy na YouTube to wyraz niebywałego braku zrozumienia tego właśnie, co one przedstawiają. Z ojcem, po powrocie z polowania, też nie rozmawialiśmy o zabijaniu. Zwierzę trafiało do skupu.   Strzelał Pan dużo… Wskakiwałem na motor WSK i po 20 minutach byłem w łowisku. Polowałem sporo na kaczki, zabijałem kilkanaście zajęcy rocznie. Dodatkowo jeszcze do 10 dzików, parę saren, ze dwa kozły, parę łań, byka, jakiegoś cielaka. Jeszcze słonki, gołębie, gęsi. Rocznie uzbierało się kilkadziesiąt małych i większych zwierząt, a w sumie przez 18 lat włóczenia się po polach i lasach ze strzelbą dało to jakąś liczbę. Część szła „na kuchnię”, reszta do skupu. Miałem ambicję wyżywić moją rodzinę tym, co upolowałem. Chociaż piżmaki wiosną zabijałem dla skórek - dla pieniędzy. Nie przelewało się i dodatkowy grosz się liczył.   Wspomina Pan zwierzęta, które Pan zastrzelił? Czasami przypominają mi się te, które musiałem dochodzić i dobijać. Te, które zamordowałem - nie upolowałem. Każdemu myśliwemu zdarza się źle trafić. Może jakiś myśliwy, co to „raz do roku strzeli rogaczyka” i ktoś mu go wypatroszy - bo sam się brzydzi - nie będzie miał z tym problemów, ale ja mówię o myśliwych polujących dużo i często. Zawsze przydarzy się coś, czego nie zaplanowaliśmy, i co któregoś zwierzaka musimy zamordować. Nie upolować, nie pozyskać, tylko właśnie zamordować. Widzi się, jak kula targa ciałem zwierzęcia, widzi się jego brązowe oczy, cierpienie i agonię z bliska.   Jak Pan myśli, jak inni sobie z tym radzą? Tak samo, jak ja sobie radziłem wtedy, gdy polowałem. Kiedy odzywały się wyrzuty sumienia, trzeba było czekać, bo czas leczy rany. Pomocne było w miarę szybkie zastrzelenie następnego zwierzęcia, bo wówczas zapomina się o tym zamordowanym. I tak w koło. Strzeli się idealnie - i zapomina się o tym strzelonym źle. Wydaje się, że nie było morderstwa. No i ten czas, który zawsze łagodzi ból. Najistotniejsze są motywacje. Motywacja do polowania jest złożona. Najczęściej wiąże się z prowadzonym stylem życia, ze środowiskiem, ze znajomościami. To niezwykle silna motywacja, silniejsza od trudnych przeżyć na polowaniu. Zabieranie życia rodzi czasami w człowieku stan, z którym jest mu ciężko, ale motywacje związane z tym stylem życia są na tyle silne, że pozwalają zapomnieć o zadawanej śmierci. Też tak robiłem. Człowiek posiedzi z kolegami, wypijemy kielicha. Nie mówimy o tych najgorszych sprawach i jest w porządku. Ale nie da się zapomnieć wszystkiego. Tak naprawdę, człowiek nie ma żadnych możliwości, aby zapomnieć cokolwiek ze swojego życia. Wszystko jest gromadzone w świadomości przechowującej.   Napisał Pan książkę „Farba znaczy krew” dla innych myśliwych czy dla siebie, żeby poradzić sobie ze złymi wspomnieniami? To nie były złe wspomnienia. Powiedziałem sobie, że jeśli śmierć zwierząt, które zastrzeliłem, ma mieć jakikolwiek sens, to może nim być tylko ta książka. Ma ona jakąś energię, coś pokazuje. Te zwierzęta oddały swoje życie między innymi po to, aby ta książka mogła powstać.   Gdyby Pan polował tylko dla mięsa, jak np. w Skandynawii, byłoby Panu łatwiej? Nie. Dłużej i tak bym nie polował. Po prostu nie chciałem już zabić żadnej czującej istoty z innego powodu niż głód. Gdyby moja rodzina, moje dzieci były bardzo głodne, byłbym chyba w stanie coś upolować, aby ich uratować. Ale tylko wtedy. Chociaż sam nie wiem. Czasami myślę, że gdybym musiał iść na wojnę, dałbym się zabić pierwszy, zanim kogokolwiek bym zabił. Nie podniósłbym broni, w ogóle bym jej nie załadował.   Nawet wiedząc, że spowodowałoby to śmierć innych? Nie wiem. To czysto akademickie dyskusje. Ale wiem, że nie chcę zabijać.   Zginąć i nie musieć zabijać? Czy zabijać, żeby inni nie zginęli? Każdy sam musi sobie odpowiedzieć na takie pytanie. Ale przejdźmy do trofeów, np. byków z rykowiska. Co dla Pana znaczyły? Prawdę mówiąc, to trofea mnie wkurzały. Trzeba było godzinami dłubać, czyścić. Najgorzej było z wyjęciem oczu. One tak się opierają! Strasznie tego nie lubiłem. Albo obcinanie odyńcowi gwizdu - makabra. A zabijanie na rykowisku to nadzwyczajne barbarzyństwo. Jak tak można?! Na minionym rykowisku widziałem, że chmarę prowadzi sześcioletni byczek. A gdzie jest stadny byk? Zginął, żeby jego głowa mogła zawisnąć przy kominku. To jest działanie dla dobra jeleni? Co to ma dać? Łanie w tym czasie karmią na całego i dostają kulę. A cielak zostaje sam. W muzeach i dworkach widuję trofea zbierane przez setki lat. I co? Myłkusy, również te kapitalne, obecnie są identyczne jak te, które były dawniej. Selekcja jest fikcją. Zresztą słowo „selekcja” bardzo źle mi się kojarzy, gdy dotyczy żywych stworzeń.   Przeciwnicy łowiectwa czasem porównują je do obozów koncentracyjnych. Czy nie jest to poważne nadużycie? Wielu myśliwych, szczególnie tych, którzy pamiętają gehennę obozów niemieckich, nie jest w stanie zrozumieć, jak można posługiwać się takim porównaniem. Zgadzam się, że jest to nadużycie. Co do łowiectwa, to jeśli używałem dosadnych słów, raczej porównywałem je do obozów jenieckich, bo tak widzę los zwierząt z czekającymi na nie myśliwymi siedzącymi na wieżyczkach strażniczych, zwanych - nie wiadomo dlaczego i pociesznie - ambonami. Dlaczego do obozów jenieckich? Bo naturalnych śmierci wśród dużych leśnych zwierząt jest niewiele; wszystkie te zwierzęta są w pewnym sensie zamknięte, pod stałą obserwacją, policzone prawie co do sztuki, i wszystkie wcześniej czy później dostaną kulę. Naturalna śmierć zwierzęcia to dla myśliwego strata. Nie przyszłoby mi do głowy używać porównań do obozów koncentracyjnych, bo ten termin jest zarezerwowany dla Holocaustu, czyli tego, co jeden człowiek jest w stanie zrobić drugiemu. Młodzi przeciwnicy myślistwa, na których wielkie wrażenie robi fakt, że ktoś może zabijać dla przyjemności – bo tak postrzegają myśliwych – bardzo się przeciwko temu buntują i używają nie do końca adekwatnych porównań. Myśliwi również posługują się bardzo mocnymi słowami i przestarzałymi sloganami. W tej walce obie strony wytoczyły wielkie działa i strzelają do siebie. Nie ma dyskusji. Obie strony stoją na tak skrajnych pozycjach, że nie ma mowy o znalezieniu wspólnego pola dialogu. Do znudzenia tylko obrzucają się swoimi racjami. Te krańcowe postawy rodzą się też ze wzrostu społecznej świadomości, że dziko żyjące zwierzęta są dziedzictwem wszystkich ludzi. Pomału cofana jest usankcjonowana prawnie społeczna zgoda dotycząca zabijania wolno żyjących zwierząt - niejako w imieniu obywateli - przez myśliwych.   Krytykuje się myśliwych, a przecież oni przeznaczają swoje pieniądze na środowisko. Trzeba zapytać, co myśliwi mają z tego łożenia własnych funduszy, zarówno w sferze materialnej, jak i niematerialnej.   Dużo dają i dużo dostają. A myśliwym może zostać przecież każdy. Łowiectwo jest koniecznością spowodowaną cywilizacją. Powiem więcej - łowiectwo to cywilizacja. To wręcz wyjątkowo wysublimowany wytwór cywilizacji, stworzony do zabijania, wynik zaawansowanych technologii: broń, amunicja, niebywała optyka, elektronika, specjalne samochody. I to wszystko napędzane jest najważniejszym dla współczesnej cywilizacji bóstwem na Ziemi - pieniędzmi.   Nie tylko, co zresztą poniekąd wynikło już z naszej rozmowy. Czy będzie kontynuacja „Farby...”? Nie. Czas już przekroczyć w życiu rozdział, który można nazwać „polowanie – niepolowanie”. Zostawiam to za sobą. Nasza rozmowa jest ostatnią moją publiczną aktywnością w tym obszarze. Wystarczy.   Ma Pan kolegów myśliwych z dawnych lat? Oczywiście.   Nie boją się Pana? Może trochę tak (uśmiech). A tak naprawdę, to czego mieliby się bać? Jak się zna coś tak dokładnie, na wskroś, to tak zwane święte oburzenie się nie budzi. Oni wiedzą, że ja wiem - ja wiem, że oni wiedzą. Jakoś siebie nawet trochę lubimy i traktujemy z szacunkiem.   Namawia ich Pan do zaprzestania polowań?  Ależ skąd. Rozumiem ich, przecież polowałem. Pamiętam te przemożne siły, które mnie trzymały w tym sposobie życia.   Panie Zenonie, co chciałby Pan powiedzieć myśliwym na zakończenie naszej rozmowy? Jakoś nie odpowiada mi grupowe życzenie. Życzę każdemu, aby miał dobre, spełnione życie.   Dziękuję za rozmowę. Rozmawiał Bogdan Złotorzyński

Pieniądze – temat niezręczny | 56
Dariusz Gizak

W każdej rzeczywistości gospodarczej funkcjonują podmioty, które nie płacą swoich zobowiązań lub regulują je z dużym opóźnieniem. Wpływa to na kondycję finansową innych, starających się nie postępować w taki sposób.
  ściągalność składek członkowskich Nie sposób zaakceptować praktykę nieterminowego regulowania zobowiązań. To samo dotyczy niepłacenia składek przez dobrowolnych członków jakiejkolwiek organizacji. To zjawisko jest wręcz bulwersujące. Niestety istnieje ono dość powszechnie, również wśród myśliwych. Jak różne organizacje radzą sobie w takiej sytuacji? Część po prostu oczyszcza swoje szeregi z osób niepłacących składek, nawet nie podejmując próby analizy przyczyn powstania zaległości. Popularny jest pogląd, że takie postępowanie mobilizuje pozostałych członków, którzy w przeciwnym wypadku mogliby dojść do wniosku, że nie warto płacić, skoro inni tego nie robią. W statutach niektórych organizacji pojawiły się zapisy o zawieszeniu w prawach członka do czasu uiszczenia zaległych składek. Zawieszony pozostaje członkiem, ale nie ma prawa korzystać z majątku takiego zrzeszenia, jego urządzeń itp. Oczywiście nie może także uczestniczyć w spotkaniach organizacji ani sprawować jakichkolwiek funkcji, także tych z wyboru. Inni stosują rozwiązania bardziej "dyplomatyczne", np. organizując imprezy, na które biletem wstępu jest zaświadczenie o niezaleganiu ze składkami. Wysyła się także pisma oraz wezwania do zapłaty, sformułowane w dosyć ostrym tonie, z wyliczeniem ustawowych odsetek za zwłokę, zawierające propozycję umorzenia odsetek, jeśli adresat wezwania wpłaci do wyznaczonego dnia całą zaległą kwotę. Z autorem - wieloletnim dyrektorem firmy windykacyjnej, specjalistą ds. windykacji w międzynarodowym banku - można się kontaktować telefonicznie pod numerem 660 321 328 lub e-mailowo: darek_gizak@poczta.onet.pl  

Wybór psa | 76
Jerzy Woźniak

Wiele osób nie do końca wie, czym się kierować przy wyborze psa. Przede wszystkim trzeba pamiętać, jakie są cechy danej rasy, a także odpowiedzieć sobie na pytanie, do jakiej pracy będzie wykorzystywany nasz pomocnik. Wiele osób zastanawia się również, czy ich ulubieniec ma być wszechstronny (tzw. złota rączka) czy powinien być profesjonalistą w danej dziedzinie? To zależy, co komu wystarczy - jeśli właściciel jest wymagającym perfekcjonistą w każdej dziedzinie życia, to powinien posiadać również takiego psa. Przeciętnego myśliwego zadowoli czworonóg wszechstronny, który znajdzie postrzałka, oszczeka dzika, zaaportuje kaczkę itp. Wymagania wobec psów w ostatnich latach wzrosły. Gdy spotykam się z menerami i hodowcami zawodowymi na polowaniach, po 10-15 latach przerwy, widzę, że zmieniły się czasy i praca z psami. Modna staje się specjalizacja.